Zakończył się trwający 6 lat proces, w którym działacz polonijny z Ameryki Południowej Jan Kobylański domagał się zadośćuczynienia za zniesławienie swego imienia w publikacjach 18 dziennikarzy i różnych działaczy politycznych (o Janie Kobylańskim pisaliśmy już w trzecim, wrześniowym numerze naszego pisma, przyp. red.).
Cała sprawa jest jednym wielkim kuriozum. Przede wszystkim kuriozalny jest sam atak polskich mediów na osobę ogólnie szanowaną. Jan Kobylański jest znanym działaczem polonijnym. On to pobudził do działalności polonijnej i wspomagał wiele organizacji polonijnych w Ameryce Łacińskiej, a następnie doprowadził do wspólnego ich działania w Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich Ameryki Łacińskiej, USOPAŁ. Organizacja ta wspomaga i koordynuje działania organizacji polonijnych na pożytek polskich emigrantów i ku chwale Polski w tym regionie świata. (...)
Pierwsze więc kuriozum polega na tym, że ten ogólnie szanowany działacz, nagrodzony za swoje czyny wieloma odznaczeniami państwowymi przez dwóch prezydentów Polski, nagle jest wyklęty przez media, opluty i sponiewierany metodami czysto komunistycznymi: kłamstwem, niedomówieniem, „gadaniem" bez przedstawienia dowodów. A już zupełną kpiną z sądu i wymiaru sprawiedliwości jest mówienie, że dziennikarz nie ma obowiązku sprawdzania, czy jest prawdą to, o czym pisze. Dokładniej, jeden napisał kłamstwo, a inni je powtarzali dalej jako prawdę.
(...) Trzeba zrozumieć sędziego, wszak jego kariera zależy bardziej od „poprawności politycznej" niż od profesjonalizmu prawniczego. Dowody? W tym procesie nie liczyły się dowody, strona oskarżająca (czyli Kobylański) przedłożyła ich wystarczająco wiele na wydanie orzeczenia skazującego. O tym wiedział zarówno sąd jak i obrońcy. Obrali więc inną taktykę, taktykę ataku, mnożąc nowe kłamstwa na temat oskarżyciela, wszak „najlepszą obroną jest atak", natomiast sąd odwlekał i rozwlekał w nieskończoność proces licząc, że oskarżyciel zejdzie z tego padołu albo sprawa ulegnie przedawnieniu. Tak więc zapadł wyrok „kuriozalnie salomonowy". Sprawa ulega przedawnieniu. KROPKA. Kosztami obrony obciążeni są oskarżeni, a kosztami procesu wnoszący sprawę (czyli Kobylański). Teraz rozumiemy, dlaczego sędzia z byle powodu przekładał i rozwlekał sprawę, toż to czysty zysk dla sądu, sędzia zyskał uznanie od przełożonych za pomnożenie dochodu sądu. Tu posłużę się cytatem z wypowiedzi kard. Dziwisza z okazji 30-tej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego: „...zło przedawnione samo nie umiera, dopiero złamane skruchą, nawróceniem, przestaje zakażać...".
„Skrucha, nawrócenie, zadośćuczynienie wyrządzonych krzywd" – są pojęciami nieznanymi ani oskarżonym ani ich obrońcom. Obrońcy na ostatniej rozprawie byli bezczelni, nie waham się użyć tego określenia. Obrażali publiczność zgromadzoną na sali sądowej, w co najmniej dwu kwestiach. Pani mecenas Beata Czechowicz mówiąc o rzekomych antysemickich poglądach Jana Kobylańskiego, wyraziła się, że wszyscy zgromadzeni na sali to antysemici. Jakim prawem? Na podstawie jakich dowodów? Ktoś z publiczności powiedział: „to nieprawda", za co został przez sędziego natychmiast usunięty z sali sądowej. Adwokatom wolno wszystko, a publiczność ma znosić zniewagi i obrazy? Sędzia zamiast zwrócić uwagę obrońcom, aby skupili się na temacie sprawy, reaguje bez oglądania się nawet na immunitety poselskie czy senatorskie. Po czym adwokat Gugały grzmiał, że my (adwokaci) znamy Kobylańskiego, natomiast publiczność nie, dlatego nie ma prawa komentować. Po rozprawie, oczekując na wyrok, podszedłem na korytarzu do jegomościa i zapytałem, czy zdaje sobie sprawę, że obraża nas - publiczność, nie wiedząc, kto jest kim na sali. Usłyszałem szyderczą odpowiedź: "tak, obrażam z przyjemnością". Oto jest wykładnik poziomu ludzi pracujących w polskiej Temidzie?
Tu zwracam się do pana Ministra Sprawiedliwości Jarosława Gowina. W wywiadzie dla POLITYKI powiedział pan, że „...autorytet wymiaru sprawiedliwości, zwłaszcza sądownictwa rośnie" i dalej: „...sądy są niezawisłe w swoich orzeczeniach" i że "...należy chronić wymiar sprawiedliwości przed jakimikolwiek naciskami politycznymi". Po zapoznaniu się z przebiegiem procesu Jana Kobylańskiego nasuwa się nieodparte wrażenie, że sądy nie są ani niezawisłe, ani niezależne, a przez to nie mają autorytetu. Czeka pana więc wiele pracy przede wszystkim w "...podnoszeniu standardów profesjonalnych i etycznych". Życzę szczęścia. Z sędziami i adwokatami, jak ci wyżej opisani, jest to „orka na ugorze". Dla pana wiadomości, pracuję w jednym z uniwersytetów prywatnych w Ameryce Łacińskiej założonym przez Opus Dei, w którym profesjonalizm i etyka stawiane są na pierwszym miejscu, a jegomość, mecenas z ostatniego procesu zostałby natychmiast zwolniony z pracy i otrzymałby zakaz wykonywania zawodu przez kilka lat. No, ale ja pracuję w kraju „trzeciego świata".
Zygmunt Haduch
Profesor Zygmunt Haduch wyjechał do Meksyku w 1985 roku na zaproszenie meksykańskiego Ministerstwa Edukacji Narodowej. Pracował w kilku znanych uniwersytetach, od 20 lat pracuje w prywatnym, katolickim Universidad de Monterrey. Jest autorem wielu publikacji i prac, wykorzystywanych także praktycznie w gospodarce, zdobywcą wielu nagród państwowych, Prezesem Związku Polaków w Meksyku. Działa wśród Polonii Ameryki Łacińskiej, m.in. w USOPAŁ.
P.S.
Wypada w tym miejscu przypomnieć, że duet Kwiatkowski-Pantera pozbył się dyrektora Centrum Polonii, Marka Ciesielczyka zaraz po jego powrocie ze zjazdu USOPAŁ w Urugwaju w ubiegłym roku, a starosta Kwiatkowski w oficjalnym piśmie podał jako jeden z powodów pozbycia się Ciesielczyka z Centrum właśnie jego uczestnictwo w zjeździe USOPAŁ. Ciekawe jak w koalicji z człowiekiem o takich poglądach jak Kwiatkowski czuje się wicestarosta Pantera, który stara się zawsze prezentować jako człowiek prawicy?
Na zdjęciu: prof.Zygmunt Haduch (drugi z prawej) w czasie zjazdu USOPAŁ w Urugwaju w 2011 roku, pierwszy z prawej dr Marek Ciesielczyk, pierwszy z lewej lider Polonii brazylijskiej Marian Kurzac, drugi z lewej lider Polonii chilijskiej Andrzej Zabłocki
czytaj więcej...